Hej! Tu my, Kuba i Śruba. Dziś opowiemy wam o przygodzie, która nas
spotkała w Szwajcarce Lwóweckiej.
Kuba uznał, że doskonale nadaje się na przewodnika, więc po dokładnym
odczytaniu mapy ruszyliśmy w drogę. Szliśmy ścieżką edukacyjną. Po
drodze mijaliśmy mnóstwo przepięknych roślin. Kuba cały czas wymieniał
ich łacińskie nazwy. Chwilami miałem dosyć tego przechwalania się. Po
dość długim marszu dotarliśmy wreszcie do miejsca odpoczynku. Usiedliśmy
wygodnie na trawie, otworzyliśmy kosz piknikowy ze smakołykami, gdy
nagle zobaczyłem norę lisa. Nie mogłem zamknąć buzi ze zdziwienia. Nie
uwierzycie! Ta nora świeciła! I to na złoto!
- Kuba, zobacz, co tam jest!- krzyknąłem- Ta nora świeci!
- Przecież to tylko zwykła lisia nora – mówił mój brat.
Pognałem w stronę domu lisa, więc Kuba nie miał wyboru - musiał biec za
mną. W norze były małe, wąskie drzwiczki. Z wielkim trudem, ale udało
nam się przez nie przecisnąć. Po drugiej stronie drzwi była wielka
sala, na środku której siedział piękny lis i machał przecudowną rudą
kitą. Popatrzył na nas przyjaźnie i przemówił ludzkim głosem:
-Witajcie! Mam do was prośbę. Czy pomożecie mi odnaleźć skarb?
- Skarb!!! Jasne!- krzyknąłem- Nie ma sprawy, to zadanie dla nas wprost
idealne!
Szliśmy długimi, ciemnymi korytarzami. Muszę przyznać, że chwilami
miałem stracha. Nie dawałem tego po sobie poznać i powtarzałem sobie w
duchu, że damy radę, bo jesteśmy twardzielami. No, w końcu kto, jeśli
nie my? Dotarliśmy wreszcie do końca tego wąskiego, krętego korytarza.
Stanęliśmy przed drzwiami z szyfrowym zamkiem.
- Nie potrafię tego rozszyfrować- powiedział zrezygnowany lis.
-Hmm… Spróbujmy? - powiedział Kuba. Wyjął zeszyt i ołówek, i zaczął
wykonywać jakieś obliczenia. Gdy tak się zastanawiał i drapał ołówkiem w
ucho, zawsze tak robi jak myśli, drzwi same otworzyły się z hukiem.
Byliśmy tak samo zdumieni, jak przestraszeni. Damy radę – pomyślałem.
Nie mam pojęcia, jak otworzyliśmy drzwi. A może to wcale nie nasza
zasługa? Popatrzyliśmy na siebie porozumiewawczo. Nie zamierzaliśmy
ujmować sobie zasług. Lis w podziękowaniu połaskotał nas piękną kitą.
Zapytał, czy możemy mu jeszcze potowarzyszyć. Zgodziliśmy się bez chwili
zastanowienia.
Lis spojrzał na nas z wdzięcznością. Podeszliśmy do olbrzymiego
kamienia, który mocno świecił w oczy złotym blaskiem. Nabraliśmy
powietrza i z całych sił podnieśliśmy „kamol” do góry. Lis wyciągnął
spod niego małą skrzyneczkę. Ze łzami w oczach otworzył ją.
-Mam – krzyknął z radością.- Czekałem na to tak długo!
Lis przytulił do siebie amulet, który ukazywał dwa lisy.
- Dziękuje wam. To jestem ja i mój tato. To tego skarbu szukałem.
Po tych słowach nagle znowu znaleźliśmy się w miejscu odpoczynku, przy
naszym koszu piknikowym. Byliśmy wykończeni nadmiarem wrażeń i długim
spacerem.
Gdy wróciliśmy do domu, na naszych szafkach nocnych były dwie figurki
lisów. Świeciły w ciemności na piękny złoty kolor. To kolejna nasza
przygoda na liście tych „ nie do zapomnienia”.
(tekst pisany przez uczniów Szkoły Podstawowej z Lwówka Śląskiego, współpracowników Kuby i Śruby)...
czwartek, 16 lipca 2015
piątek, 19 czerwca 2015
Ciasto
Cześć wszystkim! Z tej strony Kuba i Śruba!
Wczoraj odwiedziliśmy naszą babcię. Było super! Babcia Jagoda mieszka na wsi pod lasem. Niemal na odludziu. Tego dnia upiekła nam placek jagodowy. Mmmm… Mama tak wspaniale piec nie umie.
Trudno określić, jak szybko jedliśmy. Byliśmy mocno głodni, więc placek z talerza znikał z dużą prędkością. Został już ostatni kawałek. Obaj mieliśmy na niego ochotę i z zawziętości żaden z nas nie chciał go stracić. Wlepiliśmy w niego wzrok, zerkając co chwila na siebie, czy któryś odpuści. Nic z tego! W końcu doszło do rękoczynów – zaczęliśmy się najpierw szarpać za rękawy, a w końcu bić.
Zrobił się przy tym niezły harmider, więc babcia chciała nas uspokoić i pogodzić, ale to trudne zadanie. Zwłaszcza, że chodziło o ostatni kawałek placka. Babcia nie mając ochoty na używanie siły wobec nas, postanowiła pogodzić nas „starym i sprawdzonym sposobem”. Wpuściła do pokoju innego łasucha nad łasuchami i prawdziwego żarłoka wszelkich słodkości – Fafika. To kilkuletni kundelek o rudo-białej sierści i wesołej mordce. Po chwili naszego przedmiotu sporu już nie było w pokoju, ale zostały za to jagodowe ślady na psim pysku. Długi jęzor Fafika starał się zatrzeć te ślady… za późno.
Spojrzeliśmy na siebie ze Śrubą. Czuliśmy się wystrychnięci na dudka!
- Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta - zaśmiała się babcia, widząc nasze bezcenne miny.
– Teraz już wiecie, że nie warto się bić o wszystko? Czasem należy ustąpić, aby nie stracić.
Trudno było się nie zgodzić….
Potem Babcia Jagoda zrobiła nam gorącej herbaty z własnych malin, napaliła w kominku i zdjęła z wysokiej półki starą, zniszczoną książkę. Usiadła między nami na sofie i zaczęła nam czytać. Baśń była o smokach, czarownikach, rycerzach i królewnach. Dzięki pełnym brzuszkom, gorącej i smacznej herbacie oraz ciepłu komika, zrobiło nam się błogo. Zamknęliśmy oczy i … nie wiadomo jak znaleźliśmy się w tej zaczarowanej krainie. Było tam niesamowicie. Nagle zza drzew wyskoczył, a raczej wyfrunął na nas smok…
- Aaaaa! Ratunku – krzyczeliśmy. – Babciu!
- Co się stało, Kubuniu? – spytała Babcia, przerywając czytanie.
- Nic, Babciu! – odrzekł Śruba. – Po prostu za mocno fantazjujemy i wydawało nam się, że jesteśmy w tej baśni.
Gdy po chwili znów zagłębiliśmy w lekturze, ogarnął nas błogi spokój. Okazało się, że smok wcale nie był taki groźny, na jakiego wyglądał. Uniósł nas nawet na swym grzbiecie i podziwialiśmy z góry całe królestwo.
Obudziliśmy się w ramionach rodziców niosących nas do sypialni. To był wspaniały sen! To był wspaniały dzień u Babci Jagody!
Pozdrawiamy
Kuba i Śruba
Wczoraj odwiedziliśmy naszą babcię. Było super! Babcia Jagoda mieszka na wsi pod lasem. Niemal na odludziu. Tego dnia upiekła nam placek jagodowy. Mmmm… Mama tak wspaniale piec nie umie.
Trudno określić, jak szybko jedliśmy. Byliśmy mocno głodni, więc placek z talerza znikał z dużą prędkością. Został już ostatni kawałek. Obaj mieliśmy na niego ochotę i z zawziętości żaden z nas nie chciał go stracić. Wlepiliśmy w niego wzrok, zerkając co chwila na siebie, czy któryś odpuści. Nic z tego! W końcu doszło do rękoczynów – zaczęliśmy się najpierw szarpać za rękawy, a w końcu bić.
Zrobił się przy tym niezły harmider, więc babcia chciała nas uspokoić i pogodzić, ale to trudne zadanie. Zwłaszcza, że chodziło o ostatni kawałek placka. Babcia nie mając ochoty na używanie siły wobec nas, postanowiła pogodzić nas „starym i sprawdzonym sposobem”. Wpuściła do pokoju innego łasucha nad łasuchami i prawdziwego żarłoka wszelkich słodkości – Fafika. To kilkuletni kundelek o rudo-białej sierści i wesołej mordce. Po chwili naszego przedmiotu sporu już nie było w pokoju, ale zostały za to jagodowe ślady na psim pysku. Długi jęzor Fafika starał się zatrzeć te ślady… za późno.
Spojrzeliśmy na siebie ze Śrubą. Czuliśmy się wystrychnięci na dudka!
- Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta - zaśmiała się babcia, widząc nasze bezcenne miny.
– Teraz już wiecie, że nie warto się bić o wszystko? Czasem należy ustąpić, aby nie stracić.
Trudno było się nie zgodzić….
Potem Babcia Jagoda zrobiła nam gorącej herbaty z własnych malin, napaliła w kominku i zdjęła z wysokiej półki starą, zniszczoną książkę. Usiadła między nami na sofie i zaczęła nam czytać. Baśń była o smokach, czarownikach, rycerzach i królewnach. Dzięki pełnym brzuszkom, gorącej i smacznej herbacie oraz ciepłu komika, zrobiło nam się błogo. Zamknęliśmy oczy i … nie wiadomo jak znaleźliśmy się w tej zaczarowanej krainie. Było tam niesamowicie. Nagle zza drzew wyskoczył, a raczej wyfrunął na nas smok…
- Aaaaa! Ratunku – krzyczeliśmy. – Babciu!
- Co się stało, Kubuniu? – spytała Babcia, przerywając czytanie.
- Nic, Babciu! – odrzekł Śruba. – Po prostu za mocno fantazjujemy i wydawało nam się, że jesteśmy w tej baśni.
Gdy po chwili znów zagłębiliśmy w lekturze, ogarnął nas błogi spokój. Okazało się, że smok wcale nie był taki groźny, na jakiego wyglądał. Uniósł nas nawet na swym grzbiecie i podziwialiśmy z góry całe królestwo.
Obudziliśmy się w ramionach rodziców niosących nas do sypialni. To był wspaniały sen! To był wspaniały dzień u Babci Jagody!
Pozdrawiamy
Kuba i Śruba
wtorek, 2 czerwca 2015
Eksperyment
Na przyrodzie robiliśmy doświadczenia naukowe. Kuba był w siódmym niebie. Jako mały chłopczyk kochał eksperymentować, więc nie miał problemu z poleceniami Pani. Śruba zaś nie radził sobie z wykonaniem zadania. Gdy się odwróciliśmy, zobaczyliśmy gromadkę dzieci, które robiły doświadczenie tak szybko i dokładnie, że trudno to sobie wyobrazić. Eksperyment polegał na okropieniu jodyną owoców, warzyw, czy innych produktów spożywczych. Tym sposobem dzieci na podstawie koloru danego produktu, określały ilość skrobi.
-Śruba, czy nie uważasz, że to było niezwykle interesujące?
-A co w tym interesującego? Moim zdaniem lekcje w-fu i tak są najlepsze!
Nagle zadzwonił dzwonek. Po przerwie była lekcja języka polskiego. Omawialiśmy lekturę „Charlie i fabryka czekolady”.
-Kuba, a co Ci się najbardziej podobało w całej książce?
-Hmmm…Sam nie wiem, gdybym miał okazję pobyć troszkę w fabryce, chciałbym wejść do „Czekoladowni” i spotkać Mike’a – to jest fajny gość!
Lubimy czytać, więc nie mieliśmy problemu z wypełnieniem karty pracy. Potem losowaliśmy małe karteczki, na których wypisane były nazwy zwierząt. Przy tworzeniu par słychać było z różnych stron: - Kwa, kwa, gę, gę, miau, miau, itp. Wśród wybuchów śmiechu połączyliśmy się w pary. Potem odgrywaliśmy scenki z książki. Znowu było bardzo wesoło! Nim się obejrzeliśmy, był koniec lekcji. Ten dzień był dla nas wyjątkowy. Nigdy go nie zapomnimy!
-Śruba, czy nie uważasz, że to było niezwykle interesujące?
-A co w tym interesującego? Moim zdaniem lekcje w-fu i tak są najlepsze!
Nagle zadzwonił dzwonek. Po przerwie była lekcja języka polskiego. Omawialiśmy lekturę „Charlie i fabryka czekolady”.
-Kuba, a co Ci się najbardziej podobało w całej książce?
-Hmmm…Sam nie wiem, gdybym miał okazję pobyć troszkę w fabryce, chciałbym wejść do „Czekoladowni” i spotkać Mike’a – to jest fajny gość!
Lubimy czytać, więc nie mieliśmy problemu z wypełnieniem karty pracy. Potem losowaliśmy małe karteczki, na których wypisane były nazwy zwierząt. Przy tworzeniu par słychać było z różnych stron: - Kwa, kwa, gę, gę, miau, miau, itp. Wśród wybuchów śmiechu połączyliśmy się w pary. Potem odgrywaliśmy scenki z książki. Znowu było bardzo wesoło! Nim się obejrzeliśmy, był koniec lekcji. Ten dzień był dla nas wyjątkowy. Nigdy go nie zapomnimy!
czwartek, 28 maja 2015
Zabawa w „Rymowanki”
Hej! Tu my Kuba i Śruba!
Dzisiaj pobawimy się w rymowanki, co wy na to? Wybierzmy losowo wyraz i ja najszybciej rzućmy wesołym tekstem.
-Dobra, Kuba, losuj!
Pierwszy wyraz, który wypadł Kubie to „rzeka”, a więc Kuba zapodał wierszyk:
Jest sobie rzeka, co bardzo narzeka
i na przyjaciół ciągle czeka.
Lecz nikt jej nie chce, bo „narzekalska”,
bo jest niemiła i przepychalska.
Bo chwalipięta, zrzęda i kaczka.
-Kaczka?
-Tak, Kaczka Dziwaczka.
Nie wiemy, dlaczego, ale każde zakończenie rymowanki bardzo nas rozśmieszało.
Podczas tej zabawy, odwiedził nas nasz stary, dobry kolega Romek - znajomość od pampersów – i koniecznie chciał się dowiedzieć, co nas tak śmieszy. Chętnie przyłączył się i rymowanki leciały jedna za drugą. Gdy przyszła kolej na Śrubę, wyrecytował taki wierszyk:
„Ja jestem Śruba, a mój brat to Kuba.
Lubimy się bawić i bałaganić.”
- Nie dostajesz punktu, ułożyłeś rym niedokładny.
-A tam, dokładny czy niedokładny, ważne, że ładny. Romku, co o tym myślisz?
-Ja myślę, że spór został rozstrzygnięty! Właśnie powiedziałeś piękną rymowankę!
Teraz kolej na mnie:
„Był sobie król, który jadł sól. Siedział sobie na stole i popijał colę”.
I tak nam czas miło upłynął.
Nam bardzo podobała się ta zabawa! A wam ?
Dzisiaj pobawimy się w rymowanki, co wy na to? Wybierzmy losowo wyraz i ja najszybciej rzućmy wesołym tekstem.
-Dobra, Kuba, losuj!
Pierwszy wyraz, który wypadł Kubie to „rzeka”, a więc Kuba zapodał wierszyk:
Jest sobie rzeka, co bardzo narzeka
i na przyjaciół ciągle czeka.
Lecz nikt jej nie chce, bo „narzekalska”,
bo jest niemiła i przepychalska.
Bo chwalipięta, zrzęda i kaczka.
-Kaczka?
-Tak, Kaczka Dziwaczka.
Nie wiemy, dlaczego, ale każde zakończenie rymowanki bardzo nas rozśmieszało.
Podczas tej zabawy, odwiedził nas nasz stary, dobry kolega Romek - znajomość od pampersów – i koniecznie chciał się dowiedzieć, co nas tak śmieszy. Chętnie przyłączył się i rymowanki leciały jedna za drugą. Gdy przyszła kolej na Śrubę, wyrecytował taki wierszyk:
„Ja jestem Śruba, a mój brat to Kuba.
Lubimy się bawić i bałaganić.”
- Nie dostajesz punktu, ułożyłeś rym niedokładny.
-A tam, dokładny czy niedokładny, ważne, że ładny. Romku, co o tym myślisz?
-Ja myślę, że spór został rozstrzygnięty! Właśnie powiedziałeś piękną rymowankę!
Teraz kolej na mnie:
„Był sobie król, który jadł sól. Siedział sobie na stole i popijał colę”.
I tak nam czas miło upłynął.
Nam bardzo podobała się ta zabawa! A wam ?
piątek, 15 maja 2015
Kuba i Śruba na lekcji wychowania fizycznego
Witajcie!
To już kolejny dzień w Lwówku Śląskim.
Dzisiaj odwiedziliśmy Szkołę Podstawową nr 3. Gdy przeszliśmy bramy szkoły, powitali nas nasi asystenci. Powiedzieli nam, że za chwilę zacznie się lekcja w-fu. Zanim się obejrzeliśmy, za dźwiękiem gwizdka podążała grupka dzieci. Dla Śruby w-f to prawdziwy raj, natomiast Kuba wywrócił się już 10 razy. Niestety Śruba nie opanował techniki piłki ręcznej i gdy próbował zdobyć gola, ciągle popełniał podstawowe błędy. Dzieci znudzone zaczęły podśpiewywać:
-Kroki, kroki, linia, linia -itd.
Piosenka pomogła!
Na szczęście swojej drużyny w końcu załapał, o co chodzi i stał się najlepszym graczem. Strzelił aż 4 gole.
-Hurra! Niech żyje Śruba!-wiwatowała drużyna.
Wszyscy nawzajem gratulowali sobie dobrej gry.
A jak wy radzicie sobie na lekcji wychowania fizycznego?
To już kolejny dzień w Lwówku Śląskim.
Dzisiaj odwiedziliśmy Szkołę Podstawową nr 3. Gdy przeszliśmy bramy szkoły, powitali nas nasi asystenci. Powiedzieli nam, że za chwilę zacznie się lekcja w-fu. Zanim się obejrzeliśmy, za dźwiękiem gwizdka podążała grupka dzieci. Dla Śruby w-f to prawdziwy raj, natomiast Kuba wywrócił się już 10 razy. Niestety Śruba nie opanował techniki piłki ręcznej i gdy próbował zdobyć gola, ciągle popełniał podstawowe błędy. Dzieci znudzone zaczęły podśpiewywać:
-Kroki, kroki, linia, linia -itd.
Piosenka pomogła!
Na szczęście swojej drużyny w końcu załapał, o co chodzi i stał się najlepszym graczem. Strzelił aż 4 gole.
-Hurra! Niech żyje Śruba!-wiwatowała drużyna.
Wszyscy nawzajem gratulowali sobie dobrej gry.
A jak wy radzicie sobie na lekcji wychowania fizycznego?
poniedziałek, 11 maja 2015
Kuba i Śruba w... lochu!!!
Jeżeli lubicie historie mrożące krew w żyłach, zapraszamy do pewnego pomieszczenia w lwóweckim ratuszu. Z tzw. Sali Ławy, w której zgromadzono główną część muzealnych zbiorów, starymi średniowiecznymi schodkami, przez równie stare drzwi przechodzimy do... Izby Tortur. Około 1500 roku działy się tu sceny, od których ciarki przechodzą po plecach. To tu urzędował bodajże najbardziej okrutny i bezwzględny lwówczanin, człowiek, którego nazywano kiedyś katem. Dzisiaj zgromadzono tu dawne narzędzia tortur m.in. dyby, krzesło tortur, urządzenia do rozciągania, wyrywania, gniecenia i innych wymyślnych mąk. Ściany izby przesiąknęły krwią i potem biednych skazańców, oskarżonych o różne przestępstwa, a nawet czary. Niektórzy z nich byli niewinni, ale moc kata i jego wymyślnych narzędzi sprawiała, że każdy się przyznawał do niepopełnionych nawet przestępstw.
I o to właśnie chodziło!
Ale to nie wszystko. Ci, którzy nie wyzionęli ducha na torturach, mogli liczyć na inną formę udręczenia. Z Izby Tortur wąskimi, krętymi schodami zejdziemy w głąb ratuszowej wieży. Na dole znajduje się barierka, która otacza otwór, przypominający studnię, gdy spojrzymy w dół naszym oczom ukaże się, straszny widok - na dnie ciemnego lochu coś jaśnieje - jest to ludzka czaszka. To tutaj wrzucano ludzi skazanych na śmierć głodową.
Niektórzy twierdzą, że Loch Głodowy pozostał w niezmienionym stanie od czasu renesansu. Dla uspokojenia! Czaszka tak naprawdę jest plastikowa.
I o to właśnie chodziło!
Ale to nie wszystko. Ci, którzy nie wyzionęli ducha na torturach, mogli liczyć na inną formę udręczenia. Z Izby Tortur wąskimi, krętymi schodami zejdziemy w głąb ratuszowej wieży. Na dole znajduje się barierka, która otacza otwór, przypominający studnię, gdy spojrzymy w dół naszym oczom ukaże się, straszny widok - na dnie ciemnego lochu coś jaśnieje - jest to ludzka czaszka. To tutaj wrzucano ludzi skazanych na śmierć głodową.
Niektórzy twierdzą, że Loch Głodowy pozostał w niezmienionym stanie od czasu renesansu. Dla uspokojenia! Czaszka tak naprawdę jest plastikowa.
piątek, 1 maja 2015
Kuba i Śruba w Lwówku Śląskim
Cześć! Tu znowu my, Kuba i Śruba.
Możecie nam wierzyć lub nie, ale uczniowie klasy IV SP3 w Lwówku Śląskim zaprosili nas do swojego miasta. Jak już pewnie wiecie, bardzo lubimy podróżować, więc ta wiadomość nas ogromnie ucieszyła. Nie wahając się, od razu spakowaliśmy potrzebne rzeczy i ruszyliśmy w drogę. Na miejscu czekała na nas grupa dzieci. Przywitali nas taką oto piosenką:
Zapraszamy was w podróż przedziwną,
Muzę historii ze sobą weźmiemy,
Powędrujemy wzdłuż murów obronnych,
W pradawne czasy się przeniesiemy.
W starych zaułkach, w bruku uliczek,
Drzemią stare tajemnice miasta,
Szepczą o nich milczące kamienie,
Śpiewa wiatr w ratuszu i basztach.
Historia Lwówka, bliskiego nam miasta
Otwiera dzisiaj przed nami swe bramy,
Odżyją ludzie, ich losy codzienne,
Legendy z naszym miastem związane.
Po takim wstępie, wierzcie nam, nawet najbardziej znudzony turysta zamieni się w słuch!
My również „słuchaliśmy z otwartymi gębami”.
Dzieci opowiedziały nam parę ciekawostek. Czy wiecie, że najstarszym budynkiem pełniącym funkcję ratusza miejskiego we Lwówku Śląskim był piętrowy dom kupców wzniesiony na placu targowym. Ciekawe prawda?
W naszym następnym wpisie wrócimy do tajemnic Lwówka:)
A na zdjęciu my przy lwóweckim ratuszu...
Możecie nam wierzyć lub nie, ale uczniowie klasy IV SP3 w Lwówku Śląskim zaprosili nas do swojego miasta. Jak już pewnie wiecie, bardzo lubimy podróżować, więc ta wiadomość nas ogromnie ucieszyła. Nie wahając się, od razu spakowaliśmy potrzebne rzeczy i ruszyliśmy w drogę. Na miejscu czekała na nas grupa dzieci. Przywitali nas taką oto piosenką:
Zapraszamy was w podróż przedziwną,
Muzę historii ze sobą weźmiemy,
Powędrujemy wzdłuż murów obronnych,
W pradawne czasy się przeniesiemy.
W starych zaułkach, w bruku uliczek,
Drzemią stare tajemnice miasta,
Szepczą o nich milczące kamienie,
Śpiewa wiatr w ratuszu i basztach.
Historia Lwówka, bliskiego nam miasta
Otwiera dzisiaj przed nami swe bramy,
Odżyją ludzie, ich losy codzienne,
Legendy z naszym miastem związane.
Po takim wstępie, wierzcie nam, nawet najbardziej znudzony turysta zamieni się w słuch!
My również „słuchaliśmy z otwartymi gębami”.
Dzieci opowiedziały nam parę ciekawostek. Czy wiecie, że najstarszym budynkiem pełniącym funkcję ratusza miejskiego we Lwówku Śląskim był piętrowy dom kupców wzniesiony na placu targowym. Ciekawe prawda?
W naszym następnym wpisie wrócimy do tajemnic Lwówka:)
A na zdjęciu my przy lwóweckim ratuszu...
Subskrybuj:
Posty (Atom)




